Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Na wizytę w Wilnie jeszcze przyjdzie czas

Kancelaria Prezydenta podała dziś listę wizyt zagranicznych Andrzeja Dudy w najbliższych miesiącach. Podróże międzynarodowe prezydent zacznie 23 sierpnia od Tallinna. Na liście nie znalazło się natomiast Wilno, co jednak nie oznacza, że w najbliższych miesiącach nie dojdzie do spotkania prezydentów Polski i Litwy

Wielu zapewne zaskoczył wybór pierwszego celu podróży, jakim 23 sierpnia będzie estoński Tallinn. Zaskoczony nie jest na pewno łódzki politolog dr hab. Przemysław Żurawski vel Grajewski, który właśnie stolicę Estonii jako cel pierwszej wizyty sugerował w publikacji sprzed ponad 2 miesięcy na portalu Niezależna.pl. Bardzo dobrze się stało, że będzie to właśnie Estonia, kraj mały, ale o wielkim potencjale, którego prezydent Toomas Hendrik Ilves, należy na pewno do najciekawszych i najbardziej barwnych postaci wśród urzędujących europejskich przywódców i który bez owijania w bawełnę potrafi mówić o zagrożeniach i wyzwaniach stojących przed regionem i Europą jako taką.

Andrzej Duda w czasie przemówienia inaugracyjnego
(fot. Wikimedia Commons)

W najbliższym czasie prezydent nie planuje natomiast wizyty na Litwie. Co nie oznacza jednak, że nie spotka się z Dalią Grybauskaitė. Na początku listopada w Bukareszcie planowana jest konferencja prezydentów państw regionu-członków NATO, która ma stanowić wstęp do przyszłorocznego szczytu sojuszu w Warszawie. Jednym z uczestników spotkania będzie również prezydent Litwy. Nie będzie to raczej odpowiedni moment do dyskusji o dzielących Polskę i Litwę problemach, ale raczej o wspólnych wyzwaniach z dziedziny bezpieczeństwa.

Nieuwzględnienie Wilna w planie wizyt zagranicznych prezydenta wywołało mieszane reakcje wśród litewskich komentatorów i polityków. "Jeżeli wybiera się państwa bałtyckie na pierwszą wizytę, to logiczne byłoby, by to była Litwa" - powiedział przewodniczący komisji spraw zagranicznych litewskiego Sejmu socjaldemokrata Benediktas Juodka. Z kolei redaktor naczelny tygodnika "Veidas" Rimvydas Valatka zauważył, że pominięcie Wilna wskazuje na "złą litewską politykę zagraniczną względem sąsiadów i sojuszników, jaka jest realizowana od sześciu lat". Litewscy komentatorzy są zatem świadomi, że wina za zły stan stosunków leży nie tylko po polskiej stronie, a ominięcie Wilna traktują raczej jako wezwanie do działań na rzecz ich naprawy.

Zgodnie z tym, co powiedziałem w komentarzu dla portalu Radia Znad Wilii, nie dramatyzowałbym, że Andrzej Duda w najbliższych miesiącach nie będzie gościł na Litwie. Inaugurująca podróże prezydenta wizyta w Wilnie bez wcześniejszego przygotowania, bez mocnej agendy w sprawach dla nas ważnych byłaby tylko pustym gestem. Istotne jest, aby spotkania międzynarodowe wypełnić właściwą treścią. I tak też powinno być w przypadku Litwy. Od wizyt u naszych północno-wschodnich sąsiadów nie stronił wszakże Bronisław Komorowski, a wcale nie zapobiegło to ochłodzeniu stosunków.

Na wizytę w Wilnie jeszcze zatem przyjdzie czas. Być może odpowiednią okazją będzie np. 25. rocznica sowieckiej zbrodni na cywilnych mieszkańcach Wilna dokonanej 13 stycznia 1991 r. Pobyt w stolicy Litwy w takim dniu byłby równie symbolicznym gestem jak wizyta w Tallinnie zaplanowana w dniu rocznicy paktu Ribbentrop-Mołotow. Z drugiej strony taki dzień nie byłby raczej odpowiednim momentem dla dyskutowania o polsko-litewskich problemach. Zostaje zatem 16 lutego, litewski Dzień Odrodzenia Państwowości. A być może doczekamy się Dalii Grybauskaitė na uroczystościach naszego Święta Niepodległości 11 listopada? Czas pokaże.

sobota, 14 marca 2015

Mniej Landsbergisa, więcej Brazauskasa

To, że w 25-tą rocznicę niepodległości Litwy w polskich mediach pojawia się Vytautas Landsbergis jest w pełni zrozumiałe. Dlaczego jednak Polacy nie pamiętają, a może nie chcą poznać innych "ojców" litewskiej niepodległości?

11 marca Litwa obchodziła 25-tą rocznicę deklaracji niepodległości. Piszę specjalnie, że była to deklaracja, a nie odzyskanie niepodległości, bo na pełną niepodległość Litwa musiała czekać jeszcze 1,5 roku, do września 1991 r. Wówczas jej niepodległy byt został uznany przez dotychczasowego okupanta, Związek Sowieckiego. W międzyczasie polała się krew obrońców niepodległości zabitych przez funkcjonariuszy systemu sowieckiego, pod wieżą telewizyjną w Wilnie i na posterunku granicznym w Miednikach. Ale już pod koniec 1991 r. Litwa była członkiem ONZ, a Związek Sowiecki przestał istnieć "jako podmiot prawa międzynarodowego" (jak stwierdzali sygnatariusze porozumień w Wiskuli).

W Polsce ta rocznica nie przeszła bez echa. W poniedziałek na Zamku Królewskim miała miejsce konferencja poświęcona tamtym wydarzeniom oraz uroczysty koncert, którego gościem był prof. Vytautas Landsbergis. Symboliczna postać, lider Sąjūdisu, potem przewodniczący Rady Najwyższej Litewskiej SRS, tej właśnie, która podjęła uchwałę o przywróceniu niepodległości, jako przewodniczący parlamentu do 1992 r. pełniący obowiązki głowy państwa (z tej racji nierzadko nazywany "pierwszym prezydentem" niepodległej Litwy, kwestia dyskusyjna czy słusznie), lider, a w końcu honorowy przewodniczący konserwatywnego Związku Ojczyzny, do niedawna eurodeputowany. Nie jest więc niespodzianką, że jego osoby nie mogło zabraknąć w polskich mediach wspominających o jubileuszu litewskiej niepodległości.

Vytautas Landsbergis
fot. Wikimedia Commons

W sobotnio-niedzielnej "Gazecie Wyborczej" ukazał się duży okolicznościowy wywiad z Landsbergisem, który przeprowadzili Jarosław Kurski i Jan Cywiński. Nad wieloma uwagami "pierwszego prezydenta" można przejść bez komentarza, są to poglądy znane i od lat powtarzane, co akurat samo w sobie nie jest wadą. Przy niektórych stwierdzeniach trzeba się jednak zatrzymać.

Najpoważniejszym problemem tego wywiadu nie jest nawet to, że nie jest specjalnie odkrywczy, ale jest zbyt uładzony. Rozmówcy grzecznie sobie potakują i przyznają nawzajem rację. A jest parę niewygodnych pytań, które należałoby Landsbergisowi zadać, chociaż rozumiem, że może przeprowadzający wywiad dziennikarze nie chcieli psuć świątecznej atmosfery. Czemu jednak w żaden sposób nie zareagowali, gdy Landsbergis porównał aneksję Krymu przez Rosję do akcji gen. Żeligowskiego w Litwie Środkowej w 1920 r.?

Niechęć Landsbergisa do Marszałka Piłsudskiego i jego polityki jest znana od lat, równie dobrze jak niechęć do Rosji. To że Landsbergis odważył się na takie porównanie również nie dziwi. Czemu jednak polscy dziennikarze w ogóle tego nie skontrowali? Można to oczywiście wiązać z powtarzanymi w polskiej prasie, m. in. właśnie na łamach "Gazety Wyborczej" nawoływaniami do polskich przeprosin za zajęcie Wilna w 1920 r. i za "polską okupację". Tak pisał swego czasu ówczesny publicysta "Gazety", a obecny rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski i taką też diagnozę postawił szef ośrodka "Karta" Zbigniew Gluza w wywiadzie dla "Newsweeka" z 2013 r., który z dużym echem został przypomniany jesienią ubiegłego roku.

Dlaczego taka ekspiacja za polskie winy godzi w polską rację stanu chyba nie ma sensu tłumaczyć. Ale gwoli przypomnienia, kilka podstawowych faktów: Wilno w 1920 r. było miastem z ludnością przede wszystkim polską i żydowską, a mniejszość litewska była bardzo nieliczna, Litwa w czasie wojny polsko-bolszewickiej porozumiała się z Sowietami, umożliwiają im tranzyt wojsk przez swoje terytorium, de facto przestając być neutralna wobec konfliktu polsko-bolszewickiego, Polska w tym czasie toczyła walkę na kilku frontach o utrzymanie swoich granic, a tak naprawdę niepodległego bytu itp. itd. Ponadto takie analogie, jakie zaprezentował Landsbergis są ahistoryczne. Nie można używając dzisiejszych kryteriów oceniać tamtych działań. Kiedy Żeligowski zajmował Wilno siła była czymś powszechnym i oczywistym jako sposób rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Ale te uwagi w wywiadzie z Landsbergisem nie padły. A szkoda. Osobiście rozumiem potrzebę poważnej dyskusji, być może nawet ekspiacji za polskie grzechy wobec Białorusinów i Ukraińców, za polską politykę wobec mniejszości w okresie międzywojennym. Białorusini i Ukraińcy byli w okresie II RP pozbawieni własnych państw i podzieleni między Polskę a Związek Sowiecki. Za co Polska miałaby jednak przepraszać Litwinów, którzy mieli własne państwo (prowadzące w pewnym okresie agresywnie antypolską politykę) i dostęp do morza z Kłajpedą, zajętą takim samym podstępem, jakim był bunt Żeligowskiego? Nie mam natomiast odwagi Landsbergisa by zajęcie Kłajpedy porównywać do zajęcia Krymu przez Putina.

Kwestia przynależności państwowej Wilna i oceny wydarzeń historycznych została już uregulowana w zawartym 26 kwietnia 1994 r. Traktacie polsko-litewskim o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Umawiające się strony wyraziły żal z powodu konfliktów między obydwoma państwami po zakończeniu I wojny światowej, potępiły używanie przemocy, które się zdarzało w stosunkach wzajemnych obu narodów oraz uroczyście potwierdzały wzajemnie integralność, dziś i w przyszłości, swoich aktualnych terytoriów ze stolicami w Warszawie i w Wilnie. Deklaracje te powinny ostatecznie zamykać polsko-litewski spór o Wilno i pozostawić go historykom, a nie politykom.

Wspominam polsko-litewski traktat celowo, właśnie w kontekście wywiadu z Landsbergisem. Nieco ponad 2 lata temu opublikowałem w polskim Delfi nieco już naiwny artykuł pt. "Polski kłopot z Landsbergisem". Naiwny, bo trochę przewartościowałem w nim Waldemara Tomaszewskiego, pisząc o nim jako o człowieku dialogu i porozumienia, ale równie naiwny w oczekiwaniu, że polskie media będą chętniej i częściej udostępniać swoje łamy innym litewskim politykom, a nie tylko Landsbergisowi, który w polskiej prasie jest częstym gościem. Niewspółmiernie częstym wobec jego obecnej pozycji politycznej.

O ile o Landsbergisie się w Polsce pamięta i chętnie z nim rozmawia, o tyle zapomina się o innych "ojcach" litewskiej niepodległości. Zapomina się, że za Aktem Przywrócenia Niepodległości Litwy w 1990 r. głosowało nie trzech, a czterech Polaków (oprócz Zbigniewa Balcewicza, Medarda Czobota i Czesława Okińczyca także niewchodzący w skład polskiej frakcji Romuald Rudzys), zapomina się, że Polacy wcale nie byli przeciwnikami niepodległości Litwy, że za niepodległością opowiadał się Związek Polaków na Litwie i redakcja "Kuriera Wileńskiego", którą kierował wówczas właśnie Zbigniew Balcewicz, jeden z polskich sygnatariuszy Aktu Niepodległości.

Algirdas Brazauskas
fot. Wikimedia Commons
Zapomina się wreszcie o zmarłym przed 5 laty Algirdasie Brazauskasie, polityku wielowymiarowym i niejednoznacznym, komuniście, który wyrósł w rodzinie "smetonowskiego" urzędnika, I sekretarzu partii, który tę partię wyprowadził z KPZR. To właśnie Brazauskas jako szef litewskiej partii komunistycznej zdecydował, by oddać wiernym wileńską katedrę. Po jego śmierci arcybiskup Bačkis nie zgodził się na wniesienie trumny z ciałem Brazauskasa do tejże katedry, bo zmarły prezydent ponoć "nie pojednał się z Bogiem". Czasu na udział w uroczystościach pogrzebowych nie znalazł wówczas także Vytautas Landsbergis.

Traktat polsko-litewski, o którym chwilę wcześniej przypomniałem jest w dużej mierze zasługą Brazauskasa. Wokół jego treści toczyło się na Litwie wiele dyskusji, m. in. w sprawie oceny buntu Żeligowskiego. Brazauskas przeciął te spory, mówiąc ponoć, że "albo ten traktat zawrzemy teraz, albo nie zawrzemy go nigdy". Czy tak był naprawdę, nie wiem, nie dysponuję żadnymi dowodami, ale tak twierdzą byli współpracownicy Brazauskasa. Czy mielibyśmy ten traktat dziś, gdyby nie upór i determinacja ówczesnego prezydenta Litwy? Ważne, że - jak pisze znawca tematyki prof. Krzysztof Buchowski - po zawarciu traktatu "wyraźnie opadły emocje wokół wzajemnych stosunków".

To, że dziś dyskutujemy, czy obie strony wywiązują się ze zobowiązań traktatowych to inna sprawa. Różnimy się w interpretacjach konkretnych przepisów, różnie oceniamy jego funkcjonowanie. Ale ważne, że traktat jest i że można się na niego powoływać. A to, że jest to po litewskiej stronie bez wątpienia zasługa Algirdasa Brazauskasa. Zasługa, o której dziś nie bardzo chcemy pamiętać.

sobota, 23 sierpnia 2014

Niewierowicz's dismissal can lead to LLRA leaving the coalition

Last week in Lithuania a serious political crisis occured associated with the representatives of the Electoral Action of Poles in Lithuania (LLRA) in the government. Re-appointment of Renata Cytacka on the position of Deputy Minister of Energy can end up with leaving the government by LLRA. One cannot exlude also a breakdown of the current coalition and the creation of a new, based on the different parliamentary majority.

Günther Oettinger, EU commissioner for energy (left)
  and Jarosław Niewierowicz (source: enmin.lt)
On August 18 Lithuanian Energy Minister Jaroslaw Niewierowicz (recommended by the Electoral Action of Poles in Lithuania) appointed to the positions of deputy ministers Renata Cytacka (also recommended by LLRA) and Aleksandras Spruogis (recommended by the Lithuanian Social Democratic Party). In response, Prime Minister Algirdas Butkevičius asked the President Dalia Grybauskaitė to dismiss Jaroslaw Niewierowicz from the position of Minister of Energy. On August 19, President Grybauskaitė dismissed Niewierowicz from his post with effect from August 25. At the same time the president has appointed the Minister of Communication Rimantas Sinkevičius as acting Minister of Energy effecitve from August 26.

The direct cause for which the Prime Minister Butkevičius has requested dismissal of Niewierowicz was his appointment of Renata Cytacka as Deputy Minister. The head of government announced that the Minister of Energy informed him that LLRA insisted on appointment of Cytacka. Butkevičius already announced that in the case of the appointment of representative of the LLRA, he will ask for dismissal of Niewierowicz. Renata Cytacka previously served as Deputy Minister in the Ministry of Energy to the resignation of the government on July 11 (the government submitted his resignation to President Dalia Grybauskaitė in connection with the taking oath by her for another term).

Premier Butkevičius sought to deprive Renata Cytacka from the position of Deputy Minister of Energy, pointing out her low competence. Cytacka was also criticized for her political occurrence. In January 2014 in a public statement she accused Dalia Grybauskaitė of lying. According to Cytacka the president spoke untruth in her speech at the European Parliament, in which she alleged that there were no reports of international organizations, which criticised Lithuania for the situation of national minorities. Then Jarosław Niewierowicz avert dispute with Prime Minister Butkevičius declaring that Cytacka performed as an individual, not a government official.

Renata Cytacka is also an active member of the Polish community in Vilnius region. Before becoming the Deputy Minister she worked for several years as a secretary of the self-government of Vilnius District, which is governed by the Electoral Action of Poles in Lithuania. Cytacka is also active in the Polish Schools in Lithuania Parents' Forum, an organization which organized protests against the new educational law of 2011, that introduced significant changes in national minority schools. Lithuanian media focused attention also on that Cytacka already as Deputy Minister did not hang the Lithuanian flag on her house during Lithuanian national holidays.

Jarosław Niewierowicz on the other hand, was widely praised for the work as the minister. Highly rated are his professional competence and experience (he is an economist, graduated from the Warsaw School of Economics, in 2006-2008 he was Deputy Minister of Foreign Affairs, and from 2008 to 2012 led the company LitPolLink responsible for the creation of the Polish-Lithuanian power bridge), also by President Dalia Grybauskaitė. Projects that the Minister of Energy considered a priority also had the support of the head of state: the construction of new nuclear power plant and LNG terminal in Klaipėda or gas and electricity connections with Poland. Jaroslaw Niewierowicz was also responsible for conducting negotiations with Gasprom on lowering gas prices.

After the decision of the president to dismiss Niewierowicz Electoral Action of Poles in Lithuania issued a statement in which it said that the matter of resignation of the minister is not a foregone conclusion. LLRA stressed that it is considered to be a reliable and credible coalition partner, and its representatives in the government are persons of high competence. As interested in the dismissal of its representatives LLRA pointed a circle associated with the opposition Fatherland Union. On the same day, one of the deputies of LLRA, Vice-Chairman of Seimas Jarosław Narkiewicz said that party will again recommend Niewierowic as minister. Premier Butkevičius announced that he will not accept this candidacy. The question of further participation of LLRA in the coalition is to be considered at a meeting of the political council of the ruling coalition scheduled for August 25.

At the moment, further developments are the subject of speculation. It seems certain that the Electoral Action of Poles in Lithuania do not give up its support for Niewierowicz's and Cytacka's candidacies. At the same time keeping them on their positions would be a proof of inconsistency of Prime Minister Butkevičius. In case of rejection of nominations LLRA is likely to leave the coalition. It should be recalled that the center-left coalition of the Social Democrats, the Labour Party and the Order and Justice has a secure majority in parliament without the participation of the LLRA.

The departure from the government may also benefit LLRA. This may have important implications for the forthcoming local elections (in which for the first time mayors will be elected by universal suffrage, LLRA probably will nominate its own candidate for mayor of Vilnius). Spectacular exit from the coalition can help enhance the image of LLRA as a party fighting for Polish affairs and relentless in defense of their representatives. The possibility of such development is stressed by the fact that still none of the demands of the Polish minority has found a solution in Seimas of current term. If case of leaving the coalition, LLRA will probably emphasize that, despite the best efforts of their own, the coalition did nothing to improve the situation of Poles in Lithuania.

For its own good LLRA is ready to sacrifice Niewierowicz. He is not a member of the party, and is regarded as a specialist rather than politics. Also he is not closely associated with the circle of Waldemar Tomaszewski, which got currently the strongest influence in the LLRA. After the departure from the position of the Minister Niewierowicz has a chance to successfully return to non-political activity. It seems that for LLRA the mor important person is Renata Cytacka, associated - as Waldemar Tomaszewski - with the Vilnius District, and for many years engaged in the activities of the party and other Polish organizations.

Another possible option is that Niewierowicz would keep the position even when the LLRA leave the government as nonpartisan minister. This would be, however, again a proof of inconsistency of Prime Minister, as he announced earlier that he will not accept this candidature. Interested in such a solution could be president, because on the one hand Niewierowicz would ensure further implementation of priority energy projects, and on the other hand it could weaken the position of Prime Minister Butkevičius. It is doubtful, however, that after the departure of LLRA from the government Niewierowicz would decided to be involved in creation of another Polish party alternative to the LLRA. He does not have adequate political backing, and even if he could decide to do it, such a project is doomed to failure.

The situation is complicated by the fact that interest in taking up the Ministry of Energy in case of leaving the coalition by LLRA expressed the Labour Party. President Grybauskaitė probably will want to avoid this at all costs, as she has for long time had critical attitude to this party, and even accused it of acting in favor of Russia. Given that energy issues are one of the priorities of her presidency and the current political situation in the region, Dalia Grybauskaitė will by any means try to block takeover the Ministry of Energy by the Labour Party. In extreme case, it may end up leaving the government also by this party. This opens the way for a new coalition and perhaps a new government formed by Social Democrats and the opposition Conservatives and Liberals. Unofficially, President Dalia Grybauskaitė is in favor of such solution.

Questions about the fate of the LLRA in government and whether Jarosław Niewierowicz and Renata Cytacka keep their positions remain open. One can not exclude any option, although the most likely seems to be the rejection of Niewierowicz's candidature and LLRA leaving the coalition. Assessment of the situation is more difficult given that the motivations and intentions of the main participants in the dispute remain unclear. Solutions should be expected in the next week after a meeting of the political council of the ruling coalition.

The material has been previously published here (in Polish).

Dymisja Niewierowicza może doprowadzić do wyjścia AWPL z koalicji

Na Litwie w ostatnim tygodniu doszło do poważnego kryzysu politycznego związanego z reprezentantami Akcji Wyborczej Polaków na Litwie w rządzie. Ponowne powierzenie funkcji wiceministra energetyki Renacie Cytackiej może zakończyć się odejściem AWPL z rządu. Nie można również wykluczyć rozpadu dotychczasowej koalicji i powstania nowej, w oparciu o inną większość parlamentarną.

Günther Oettinger, komisarz UE ds. energetyki (z lewej)
i Jarosław Niewierowicz (źródło: enmin.lt)

18 sierpnia 2014 r. minister energetyki Litwy Jarosław Niewierowicz (rekomendowany przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie) mianował na stanowiska wiceministrów Renatę Cytacką (także rekomendowaną przez AWPL) oraz Aleksandrasa Spruogisa (rekomendowany przez Litewską Partię Socjaldemokratyczną). W odpowiedzi na to premier Algirdas Butkevičius wystąpił do prezydent Dalii Grybauskaitė o odwołanie Jarosława Niewierowicza ze stanowiska ministra energetyki. 19 sierpnia prezydent Grybauskaitė odwołała Niewierowicza z funkcji z dniem 25 sierpnia. Jednocześnie prezydent powierzyła tymczasowe kierowanie resortem energetyki od 26 sierpnia ministrowi komunikacji Rimantasowi Sinkevičiusowi.

Bezpośrednią przyczyną, dla której premier Butkevičius wystąpił o odwołanie Niewierowicza było mianowanie na stanowisko wiceministra Renaty Cytackiej. Szef rządu oświadczył, iż minister energetyki poinformował go, że na powołanie Cytackiej naciskała AWPL. Butkevičius już wcześniej zapowiadał, że w przypadku mianowania przedstawicielki AWPL, wystąpi on o odwołanie Niewierowicza. Renata Cytacka pełniła wcześniej funkcję wiceministra w resorcie energetyki do momentu dymisji rządu 11 lipca (rząd złożył dymisję na ręce prezydent Dalii Grybauskaitė w związku z jej zaprzysiężeniem na kolejną kadencję).

Premier Butkevičius dążył do pozbawienia Renaty Cytackiej z funkcji wiceministra energetyki argumentując to jej niskimi kompetencjami. Cytacka była również krytykowana za swoje wystąpienia polityczne. W styczniu 2014 r. w publicznym oświadczeniu zarzuciła kłamstwo Dalii Grybauskaitė. Według Cytackiej prezydent mijała się z prawdą w swym przemówieniu na forum Parlamentu Europejskiego, w którym twierdziła, że nie ma raportów organizacji międzynarodowych, które krytykowałyby Litwę za sytuację mniejszości narodowych. Wówczas Jarosław Niewierowicz zażegnał spór z premierem Butkevičiusem oświadczając, że Cytacka występowała jako osoba prywatna, a nie urzędnik państwowy.

Renata Cytacka jest również aktywną działaczką społeczności polskiej na Wileńszczyźnie. Przed objęciem funkcji wiceministra przez kilka lat pracowała na stanowisku sekretarza samorządu rejonu wileńskiej, w którym władzę sprawuje Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Cytacka działa również w Forum Rodziców Szkół Polskich na Litwie, organizacji która organizowała m. in. protesty przeciwko nowej ustawie oświatowej z 2011 r. wprowadzającej istotne zmiany w szkołach mniejszości narodowych. Uwagę mediów litewskich zwracało również to, że Cytacka już jako wiceminister nie wywieszała na swoim domu flagi litewskiej w dniach świąt państwowych.

Jarosław Niewierowicz był natomiast powszechnie chwalony za pracę na stanowisku ministra. Wysoko oceniane są jego kompetencje zawodowe oraz doświadczenie (jest on z wykształcenia ekonomistą, ukończył warszawską SGH, w latach 2006-2008 był wiceministrem spraw zagranicznych, a od 2008 do 2012 kierował spółką LitPolLink, odpowiedzialną za stworzenie polsko-litewskiego mostu elektroenergetycznego), także przez prezydent Dalię Grybauskaitė. Projekty, które szef resortu energetyki uważał za priorytetowe miały również poparcie głowy państwa: budowa nowej elektrowni atomowej i terminalu LNG w Kłajpedzie czy połączeń gazowych i elektroenergetycznych z Polską. Jarosław Niewierowicz odpowiadał również za prowadzenie negocjacji z Gazpromem w sprawie obniżenia cen gazu.

Po decyzji prezydent o odwołaniu Niewierowicza Akcja Wyborcza Polaków na Litwie wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że sprawa dymisji ministra nie jest przesądzona. AWPL podkreśliła, że uważana jest za solidnego i wiarygodnego partnera koalicyjnego, a jej przedstawiciele w rządzie są osobami o wysokich kompetencjach. Jako zainteresowanych w odwołaniu swoich przedstawicieli AWPL wskazała środowiska związane z opozycyjnym Związkiem Ojczyzny. Tego samego dnia jeden z posłów AWPL, wiceprzewodniczący Sejmu Jarosław Narkiewicz zapowiedział, że partia ponownie rekomenduje Niewierowicza na stanowisko ministra. Premier Butkevičius zapowiedział, że nie zaakceptuje tej kandydatury. Sprawa dalszego udziału AWPL w koalicji ma być rozpatrywana na posiedzeniu rady politycznej koalicji rządzącej zaplanowanym na 25 sierpnia.

W chwili obecnej dalszy rozwój wydarzeń jest przedmiotem spekulacji. Wydaje się pewne, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie nie zrezygnuje ze wspierania kandydatur Niewierowicza i Cytackiej. Jednocześnie pozostawienie ich na stanowiskach byłoby dowodem niekonsekwencji premiera Butkevičiusa. W przypadku odrzucenia kandydatur Akcja najprawdopodobniej opuści koalicję. Należy w tym miejscu przypomnieć, że centrolewicowa koalicja socjaldemokratów, Partii Pracy oraz Porządku i Sprawiedliwości dysponuje bezpieczną większością w Sejmie także bez udziału AWPL.

Odejście z rządu może również przynieść korzyść AWPL. Może to mieć istotne znaczenie przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi (w których m. in. po raz pierwszy merowie będą wybierani w wyborach powszechnych, AWPL prawdopodobnie wystawi własną kandydaturę na mera Wilna). Spektakularne wyjście z koalicji może pomóc Akcji wzmocnić wizerunek ugrupowania walczącego o sprawy polskie i nieustępliwego w obronie swych przedstawicieli. Szanse na taki rozwój wydarzeń potęguje fakt, że nadal żaden z postulatów polskiej mniejszości nie znalazł rozwiązania w tej kadencji Sejmu. W przypadku wyjścia z koalicji AWPL zapewne będzie podkreślać, że mimo usilnych starań własnych, jej koalicjanci nie zrobili nic dla poprawy sytuacji Polaków na Litwie.

Dla własnego dobra Akcja gotowa jest poświęcić osobę Niewierowicza. Nie jest on członkiem partii, uchodzi raczej za fachowca niż polityka. Nie jest również blisko związany ze środowiskiem Waldemara Tomaszewskiego, które ma obecnie najsilniejsze wpływy w AWPL. Po odejściu z funkcji ministra Niewierowicz ma szansę z powodzeniem wrócić do działalności pozapolitycznej. Wydaje się, że dla Akcji ważniejszą osobą pozostaje Renata Cytacka, związana - tak jak Waldemar Tomaszewski - z rejonem wileńskim, od lat zaangażowana w działalność partii i innych organizacji polskich.

Inny możliwy wariant to pozostanie Niewierowicza na stanowisku nawet, gdy AWPL opuści rząd, jako minister bezpartyjny. Byłby to jednak także dowód niekonsekwencji premiera, który zapowiedział wcześniej, że nie przyjmie jego kandydatury. Zainteresowana takim rozwiązaniem mogłaby być prezydent, gdyż z jednej strony osoba Niewierowicza gwarantowałaby dalszą realizację priorytetowych projektów energetycznych, a z drugiej mogłoby to osłabić pozycję premiera Butkevičiusa. Wątpliwe jest natomiast, aby Niewierowicz po odejściu AWPL z rządu zdecydował się na zaangażowanie w tworzenie alternatywnej wobec AWPL partii polskiej. Nie posiada on odpowiedniego zaplecza politycznego i nawet gdyby się na to zdecydował, to taki projekt jest skazany na niepowodzenie.

Sytuację komplikuje natomiast fakt, że zainteresowanie objęciem resortu energetyki w przypadku opuszczenia koalicji przez AWPL wyraziła Partia Pracy. Do tego zapewne za wszelką cenę będzie chciała nie dopuścić prezydent Grybauskaitė, która od dawna ma krytyczny stosunek do tego ugrupowania, zarzucała mu wręcz działania na korzyść Rosji. Biorąc pod uwagę to, że kwestie energetyczne stanowią jeden z priorytetów jej prezydentury oraz obecną sytuację polityczną w regionie, Dalia Grybauskaitė będzie wszelkimi środkami próbowała zablokować przejęcie resortu energetyki przez Partię Pracy. W skrajnym przypadku może to skończyć się opuszczeniem rządu także przez to ugrupowanie. Otwiera to drogę do nowego rozdania koalicyjnego i być może utworzenia rządu w oparciu o socjaldemokratów oraz opozycyjnych konserwatystów i liberałów. Nieoficjalnie wiadomo, że prezydent Dalia Grybauskaitė jest zwolenniczką takiego rozwiązania.

Pytania o dalszy los AWPL w rządzie oraz czy Jarosław Niewierowicz i Renata Cytacka pozostaną na swoich stanowiskach pozostają otwarte. Nie można wykluczyć żadnego wariantu, chociaż najbardziej prawdopodobne wydaje się odrzucenie ponownej kandydatury Niewierowicza i wyjście AWPL z koalicji. Oceny sytuacji nie ułatwia fakt, że motywacje i intencje głównych uczestników sporu pozostają niejasne. Rozwiązania należy spodziewać się w najbliższym tygodniu po posiedzeniu rady politycznej rządzącej koalicji.

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie Programu Bałtyckiego Radia WNET.

wtorek, 3 czerwca 2014

Wizyta studyjna: Sejny, Soleczniki, Wilno

Litwini w Polsce nie chcą, aby wiązać ich sytuację ze sprawą mniejszości polskiej na Litwie. Polaków na Wileńszczyźnie niepokoi sytuacja szkolnictwa oraz ich obraz w litewskich mediach. Litewscy politycy obiecują rozwiązanie problemów w stosunkach polsko-litewskich - to główne wnioski z wyjazdu studyjnego dla polskich dziennikarzy, jaki odbył się w przedostatnim tygodniu maja.
sala posiedzeń litewskiego Sejmu (fot. własna)

W dniach 21-23 maja miałem okazję uczestniczyć w wyjeździe studyjnym do Sejn, Solecznik i Wilna, której celem było zapoznanie się z sytuacją mniejszości litewskiej w Polsce oraz sytuacją mniejszości polskiej na Litwie. Elementem wizyty były również spotkania z litewskimi politykami, tematem których były stosunki polsko-litewskie i litewska polityka zagraniczna.

W pierwszym dniu wyjazdu odbyło się spotkanie z przedstawicielami mniejszości litewskiej w Polsce. Miejscem spotkania były Sejny, siedziba powiatu, w którym zwarcie zamieszkuje ta społeczność (głównie w gminie Puńsk). Dyskusja skupiła się na problemach oświaty (brak odpowiednich podręczników, problemy finansowe), ale nie zabrakło też apelu o tworzenie przyjaznej atmosfery wokół mniejszości. Litwini skarżyli się, m. in. na sprawę cmentarza w Berżnikach, gdzie obok grobów żołnierzy polskich i litewskich walczących przeciwko sobie w bitwie niemeńskiej (1920 r.) stanął krzyż i pomnik upamiętniający ofiary zbrodni w Ponarach k. Wilna (więcej: Zachować litewską tożsamość w Polsce).

Konsulat Litwy w Sejnach (fot. własna)
Drugiego dnia miało miejsce spotkanie w Solecznikach, na którym obecni byli przedstawiciele miejscowej polskiej społeczności, ale również miejscowi Litwini. Uczestnicy spotkania podkreślali patriotyzm solecznickich Polaków wobec Litwy oraz to, że miejscowi Polacy i Litwini żyją ze sobą w zgodzie. Ich dezaprobatę budzi jednak nowa ustawa oświatowa, która m. in. ujednolica egzamin państwowy z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich i szkół mniejszości narodowych, mimo ewidentnych różnic w programach nauczania. Na spotkaniu była także mowa o tym, że litewskie media nieraz wypaczają obraz Polaków na Litwie (więcej: W Solecznikach nie ma waśni narodowościowych).

Linas Linkevičius (fot. własna)
Ostatni dzień poświęcony był spotkaniom z litewskimi politykami. Szef dyplomacji Litwy Linas Linkevičius w superlatywach wyrażał się m. in. o polsko-litewskiej współpracy wojskowej (np. misja Baltic Air Policing) czy o działaniach ministra energetyki Jarosława Niewierowicza. Odnosząc się do spraw problemowych w stosunkach polsko-litewskich minister przyznał, że pewne kwestie należało rozwiązać wcześniej, ale jednocześnie stwierdził, że "być może droga jest dłuższa, niż byśmy oczekiwali" (więcej: Litwa docenia rolę Polski).

Spotkanie w Sejmie (fot. własna)
Nierozwiązane problemy w stosunkach polsko-litewskich były również tematem spotkania z przedstawicielami frakcji partyjnych w litewskim Sejmie, w którym uczestniczyli przedstawiciele zarówno koalicji rządowej, jak i opozycji. Zgodnie twierdzili jednak, że zależy im na dobrych stosunkach z Polską, zwłaszcza w obecnej sytuacji międzynarodowej (rozmówcy zwracali m. in. uwagę na sytuację na Ukrainie i zagrożenie ze strony Rosji) (więcej: Traktat polsko-litewski nie jest łamany).

Organizatorami wizyty studyjnej były Fundacja Centrum im. Bronisława Geremka oraz Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia, którym serdecznie dziękuję za możliwość wzięcia udziału w wyjeździe.

sobota, 10 maja 2014

Człowiek ze wstążką

Żywy odzew w polskich mediach wywołała informacja o udziale lidera AWPL Waldemara Tomaszewskiego w piątkowych uroczystościach Dnia Zwycięstwa w Wilnie - 69. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Obchody upamiętniające zwycięstwo Armii Czerwonej zostały zbojkotowane przez władze litewskie i większość litewskich polityków. Tomaszewski nie tylko wziął w nich udział, ale również wystąpił z przypiętą do marynarki "georgijewską wstążką", charakterystyczną dla uroczystości w Rosji.

Sprawa stała się tym głośniejsza, że obecnie "georgijewska wstążka" raczej jednoznacznie kojarzy się nie ze zwycięstwem Armii Czerwonej w II wojnie światowej, ale z działaniami prorosyjskich terrorystów na terytorium Ukrainy. Separatyści głoszący, że walczą z domniemanymi "faszystami" i "banderowcami" obficie korzystają z wojennej symboliki sowieckiej. Nie dziwi zatem zdumienie, że lider polskiej partii na Litwie publicznie pokazuje się z takim znakiem, dziś już chyba zupełnie skompromitowanym.  Tym bardziej, gdy przypomni się, że to właśnie Polacy Wileńszczyzny byli jednymi z pierwszych polskich ofiar sowieckiej władzy, najpierw za tzw. "pierwszego sowieta" (w l. 1940-1941), jak i po 1944. O wywózkach, aresztowaniach, walce z AK nie trzeba wspominać, to są rzeczy oczywiste.

W słusznym oburzeniu ginie jednak dość istotna kwestia, mająca kolosalne znaczenie dla przyszłości naszych rodaków, nie tylko na Wileńszczyźnie, ale i na innych terytoriach dawnego Związku Sowieckiego.

Trudno nie łączyć zachowania Tomaszewskiego z trwającą na Litwie kampanią przed wyborami prezydenckimi i do Parlamentu Europejskiego. W tych pierwszych raczej nie można wróżyć liderowi AWPL sukcesu, choć w mediach pojawiają się sondaże, według których może on nawet wejść do II tury. Dla Tomaszewskiego ważniejsze są te drugie, bo oznaczają dla niego być albo nie być w litewskiej polityce. Tomaszewski będzie walczył o reelekcję - jeśli jej nie uzyska, znajdzie się jako polityk pozaparlamentarny w trudnej sytuacji. Kolejne wybory do litewskiego Sejmu dopiero za ponad 2 lata. Przez ten czas musiałby sobie radzić bez przywilejów przysługujących członkowi parlamentu, nawet tak prozaicznych, jak własne biuro czy sztab asystentów, nie wspominając też o pewnym prestiżu.

Dlatego tak ważna dla Tomaszewskiego jest mobilizacja wyborców. Jego żelazny elektorat może nie wystarczyć do wywalczenia miejsca w PE, dlatego Tomaszewski stara się również zjednać sobie wyborców sprzymierzonego z AWPL Aliansu Rosjan. Tym można tłumaczyć nie tylko udział w uroczystościach 9 maja z czarno-złotą wstążką w klapie. W ostatnich miesiącach Tomaszewski nie stronił od krytycznych wypowiedzi nt. wydarzeń na Ukrainie i obecnych ukraińskich władz. Faktycznie odmawiał legitymacji władzom ukraińskim, twierdząc że władze powinno wybierać się przy urnach wyborczych, a nie w drodze rewolucji ("Wszyscy mieliśmy dość rewolucji bolszewickiej" - dodał przy tym Tomaszewski). Lider Akcji nie potępił działań rosyjskich na Krymie, choć nie podobał mu się sposób przeprowadzenia krymskiego referendum. Według Tomaszewskiego zajęcie Krymu to konsekwencja "otwarcia puszki Pandory", jakim było ogłoszenie i uznanie niepodległości Kosowa.

Można to wszystko uznać wyłącznie za gesty obliczone na uzyskanie poparcia elektoratu i liczyć, że szef AWPL porzuci tę taktykę, jak tylko skończą się wybory. Gorzej jeśli będzie on trwał przy tej retoryce, która - biorąc pod uwagę sytuację międzynarodową - na dłuższą metę niczego dobrego przynieść nie może. Wiele analiz pojawiających się po aneksji Krymu wymienia właśnie kraje bałtyckie wśród tych, które w następnej kolejności mogą być zagrożone wrogimi działaniami Rosji. Choć dziś jakakolwiek prorosyjska irredenta wydaje się nieprawdopodobna nie tylko na Litwie, ale nawet na Łotwie i w Estonii (gdzie mniejszość rosyjska jest o wiele liczniejsza), to jednak obawa przed działaniami "autonomistów" czy "separatystów" jest w krajach bałtyckich duża. Ich władze apelują do swych zachodnich partnerów o zwiększenie wojskowej obecności NATO w regionie.

Tomaszewski swoimi nieodpowiedzialnymi wypowiedziami nie służy poprawie i uspokojeniu nastrojów. Publicyści i politycy niechętni polskim postulatom niemal od razu wywołują temat domniemanej polskiej autonomii, jako rzekomego odpowiednika rosyjskiej irredenty na Krymie czy w Donbasie. Na początku lat 90-tych na Wileńszczyźnie część polskich działaczy, wyraźnie inspirowanych przez Moskwę, rzeczywiście chciała ogłosić autonomię. Dziś trudno jednak znaleźć w szeregach AWPL czy Związku Polaków kogokolwiek, kto na serio traktowałby taki postulat. Jeśli jednak Tomaszewski nie zrezygnuje z otwarcie prorosyjskiej retoryki, da w ten sposób do ręki litewskich nacjonalistów oręż do walki z Polskością.

Paradoks sytuacji polega jednak na czym innym. To, co mówi ostatnio Tomaszewski wcale nie musi być niechętnie przyjmowane przez miejscowych Polaków, choć ciężko przecież doświadczonych w czasach sowieckich. Nie zapominajmy jednak, że przez pół wieku Polacy na Litwie podlegali oddziaływaniu rusyfikacji i komunistycznej propagandy. Czasem dobrowolnie, czasem pod przymusem, a czasem z konformizmu wstępowali oni do partyjnych i okołopartyjnych organizacji. Dziś także litewscy Polacy chcąc-niechcąc podlegają działaniu rosyjskiej propagandy. Na Wileńszczyźnie chętnie sięga się po szeroko dostępną na Litwie rosyjskojęzyczną prasę, chętnie ogląda się telewizje w języku rosyjskim. A stamtąd z reguły płynie w mniej lub bardziej otwartej formie przekaz zgodny z linią polityczną Kremla.

Tymczasem działania litewskich władz nakierowane na asymilację polskiej ludności (bo za takie można uznać np. reformę szkolnictwa czy brak zgody na polskojęzyczne tablice i pisownię nazwisk) mogą okazać się przeciwskuteczne. Atmosfera konfliktu, brak dialogu społecznego, aroganckie czy szowinistyczne wypowiedzi przedstawicieli władz, polityków i publicystów, przyzwolenie na obecność skrajnego nacjonalizmu w przestrzeni publicznej - wszystko to zdecydowanie nie sprzyja pozyskiwaniu dla państwa litewskiego lojalnych obywateli wśród mieszkańców Wileńszczyzny.

Naturalnie jest wielu świadomych, którzy rozumieją, że znajomość języka państwowego jest oczywistym wymogiem i obowiązkiem, i nie przeszkadza to w zachowaniu polskiej tożsamości, podobnie jak lojalność wobec Republiki Litewskiej. Są jednak i tacy, którzy będą tym bardziej oddalać się mentalnie od Litwy, im bardziej Litwa będzie próbowała ich na siłę lituanizować. Jednocześnie - wobec niemal kapitulacyjnej postawy Polski w zakresie promowania własnej kultury - będą oni ulegać jeszcze większej rusyfikacji  i jeszcze mocniej będą wystawieni na działanie kremlowskiej propagandy. W ten sposób państwo litewskie, przy biernej postawie państwa polskiego, może wyhodować sobie już nie wydumaną, ale rzeczywistą "piątą kolumnę".

Jakie jest w tym wszystkim zadanie Polski? Konieczny jest kulturowy powrót Polski nie tylko na Litwę, ale wszędzie tam na Wschodzie, gdzie zostali jeszcze Polacy. Dwa lata temu apelował o to red. Jerzy Haszczyński z "Rzeczpospolitej", a dziś należy powtórzyć jego postulaty. Niezbędne jest przedstawienie atrakcyjnej dla miejscowych Polaków oferty, która pozwoli zachować ich zainteresowanie polską kulturą, zarówno wysoką, jak i popularną. Te postulaty dotyczą i Litwy, i Ukrainy, a nawet Białorusi (choć tam - z oczywistych powodów - działania polonizacyjne są szczególnie utrudnione). Dotyczą także Polaków na Łotwie: jak wygląda ich sytuacja można przekonać się z dramatycznego apelu Dawida Hallmanna, polskiego muzyka neofolkowego i poety, działającego obecnie w Dyneburgu.



Jeśli Polska nie przeciwstawi się postępującej rusyfikacji Polaków na Wschodzie, to już wkrótce "georgijewska wstążka" w klapach tamtejszych działaczy będzie nie ewenementem, ale czymś powszechnym i oczywistym, a Dzień Zwycięstwa będzie naszym Dniem Klęski.

środa, 16 kwietnia 2014

W oczekiwaniu na nowego ambasadora

Dziś Komitet Spraw Zagranicznych litewskiego Sejmu zaakceptował kandydaturę Šarūnasa Adomavičiusa na stanowisko Ambasadora Republiki Litewskiej w Warszawie. Adomavičius zastąpi na tej funkcji Loretę Zakarevičienė, która ma objąć kierownictwo litewskiej ambasady w Wiedniu.

62-letni Šarūnas Adomavičius jest z wykształcenia prawnikiem, absolwentem Uniwersytetu Wileńskiego. Przez wiele lat pracował jako prawnik w instytucjach publicznych, a w 1992 r. rozpoczął pracę w litewskiej dyplomacji. Pełnił m. in. funkcje konsula generalnego w Warszawie (1993-1997), ambasadora przy organizacjach międzynarodowych w Wiedniu (1999-2003), wiceministra spraw zagranicznych (2003-2005) i ambasadora we Włoszech (2005-2009). Przez dwa lata kierował misją OBWE w Czarnogórze. Ostatnio pracował w centrali litewskiego MSZ jako ambasador do specjalnych poruczeń, w ubiegłym roku był koordynatorem Europejskiego Roku Obywateli na Litwie.

Dotychczasowa ambasador Loreta Zakarevičienė swoją misję rozpoczęła w 2010 r. Zastąpiła na stanowisku Egidijusa Meilūnasa, który obecnie reprezentuje Republikę Litewską w Tokio.

wtorek, 15 kwietnia 2014

W niewoli litery "W"

Dziś litewski Sejm miał przystąpić do prac nad dwoma projektami zmian w przepisach o pisowni nazwisk. Jednak oba projekty zostały wycofane z porządku dziennego i do prac nad nimi wileński parlament ma wrócić w maju. Wygląda na to, że wiele jeszcze wody w Wilii upłynie, zanim problem pisowni nielitewskich nazwisk zostanie uregulowany.

Sejm litewski (fot. własna)
Na początku kwietnia w Sejmie zarejestrowano projekt ustawy o pisowni imion i nazwisk autorstwa socjaldemokratów, Gediminasa Kirkilasa i Ireny Šiaulienė. Projekt przewiduje m. in. dopuszczenie pisowni imion i nazwisk w paszportach na stronie z danymi osobowymi z użyciem liter łacińskich nieużywanych w języku litewskim. Dotyczyłoby to obywateli Litwy, którzy przedstawiliby dokument źródłowy ze swoim nazwiskiem zapisanym z użyciem nielitewskich znaków. Wkrótce pojawił się konkurencyjny wniosek złożony przez posła opozycyjnej partii konserwatywnej, Valentinasa Stundysa. Jego projekt również dopuszcza w dokumentach tożsamości pisownię nielitewskich nazwisk zgodnie z oryginalnym zapisem, ale wyłącznie na dalszych stronach przeznaczonych na wpisywanie adnotacji.

Powstaje pytanie, czy projekty te odpowiadają podnoszonym od lat postulatom polskiej mniejszości? Autorzy pierwszego z nich uzasadniali go przede wszystkimi kwestiami migracyjnymi: przyjmowaniem obywatelstwa Litwy przez cudzoziemców czy mieszanymi małżeństwami. Prawnicy z Europejskiej Fundacji Praw Człowieka w Wilnie, zajmującej się kwestiami praw mniejszości narodowych, zwracają uwagę, że ustawa w wersji zaproponowanej przez socjaldemokratów jest adresowana przede wszystkim do małżonków obcokrajowców i ma umożliwić jednolity zapis ich nazwisk. Jednocześnie eksperci Fundacji podkreślili, że osoby nie posiadające dokumentów źródłowych potwierdzających zapis ich nazwiska w formie oryginalnej nie będą mogły skorzystać z prawa, które ma im oferować nowa ustawa.

Z jeszcze ostrzejszą krytyką spotkał się projekt autorstwa Valentinasa Stundysa. Dziennikarz "Kuriera Wileńskiego" Stanisław Tarasiewicz przypominał, że jest to projekt analogiczny do złożonego przez tego samego posła w poprzedniej kadencji Sejmu. Wówczas Stundys wspólnie z innymi posłami konserwatywnymi zaproponował swój projekt jako alternatywny dla projektu rządowego (nb. rząd współtworzyli wówczas konserwatyści), który dopuszczał pisownię nielitewskich nazwisk na pierwszej stronie paszportu (tak jak obecny projekt socjaldemokratów). W głosowaniu Sejmowym projekt rządowy został odrzucony. Było to wydarzenie o tyle głośne, że doszło do niego w czasie wizyty w Wilnie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ostatniej jego podróży zagranicznej przed tragicznym lotem do Smoleńska.

Dziś oba projekty miały trafić pod obrady Sejmu. Jednak w ostatniej chwili zostały wycofane. Zdjęcie projektu socjaldemokratów z porządku obrad Gediminas Kirkilas tłumaczył dziś koniecznością dodatkowych konsultacji w ramach koalicji rządowej. Nieoficjalnie - na co zwrócił uwagę Stanisław Tarasiewicz - mówi się jednak, że autorzy wniosku nie mają przekonania, że uda mu się uzyskać poparcie sejmowej większości. Przypomina to sytuację sprzed czterech lat, gdy przeciwko rządowemu projektowi głosowali zarówno koalicyjni konserwatyści, jak i opozycyjni socjaldemokraci. Przewodnicząca frakcji AWPL w Sejmie Rita Tamašunienė nie kryła zdziwienia argumentacją o dodatkowych dyskusjach nad projektem.

Sprawa pisowni nazwisk należy do ogólnie znanego katalogu nierozwiązanych problemów w stosunkach polsko-litewskich. Siła przekazu medialnego sprawiła, że kwestia pisowni urosła wręcz do rozmiarów głównej kości niezgody. Pozwala to trywializować polsko-litewskie spory niektórym komentatorom, wskazującym że Polska i Litwa są chyba jedynymi krajami w Europie, które kłócą się o litery, m. in. o emblematyczną literę "W" - nieobecną w litewskim alfabecie. Z drugiej strony część litewskiej elity politycznej i intelektualnej gotowa jest bronić językowej ortodoksji niczym niepodległości, widząc w obcych literach, takich jak "W", "X" czy "Ł" zagrożenie dla litewskiej tożsamości. Honorowy przewodniczący litewskich konserwatystów Vytautas Landsbergis nie kryje obaw, że następni w kolejce będą Rosjanie żądający możliwości na zapisywanie swoich nazwisk cyrylicą, część litewskich pisarzy występuje z apelem do najwyższych władz Litwy przeciwko legalizacji nielitewskiej pisowni itp., itd.

Wygląda zatem na to, że stosunki polsko-litewskie wciąż znajdują się w niewoli litery "W". Jak słusznie zauważa na swoim blogu Aleksander Radczenko nie można pchnąć sprawy, która tak naprawdę pozbawiona jest poważniejszego praktycznego znaczenia. Nie wiadomo, jak wielu spośród litewskich Polaków byłoby zainteresowanych wyrobieniem sobie nowych dokumentów i czy w ogóle byliby tam zainteresowani, a tymczasem zdają się nam niknąć z oczu znacznie poważniejsze kwestie, jak choćby los polskiego szkolnictwa na Litwie czy współpraca naszych krajów na rzecz obrony bezpieczeństwa regionalnego czy upowszechniania wartości demokratycznych w krajach b. ZSRR. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że pod koniec marca przedstawiciele litewskich ugrupowań parlamentarnych podpisali w Pałacu Prezydenckim porozumienie w sprawie polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obronności. W porozumieniu znalazł się także punkt dotyczący poszanowania prawa mniejszości narodowych oraz deklaracja uchwalenia nowej ustawy o mniejszościach. Jeżeli litewskie partie mają być równie zdecydowane w działaniach dla bezpieczeństwa i obronności, co na rzecz mniejszości narodowych, to chyba najwyższy czas się bać.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Spotkanie z Krzysztofem Buchowskim: "Polityka zagraniczna Litwy 1990-2012"

Krzysztof Buchowski
(źródło: radio.bialystok.pl)
7 kwietnia br. o godz. 17:30 w Ambasadzie Republiki Litewskiej w Warszawie (Al. Ujazdowskie 14) odbędzie się prezentacja książki prof. Krzysztofa Buchowskiego "Polityka zagraniczna Litwy 1990-2012" oraz spotkanie z autorem.

(źródło: pl.mfa.lt)
Książka ukazała się pod koniec ubiegłego roku nakładem Wydawnictwa Uniwersyteckiego Trans Humana w Białymstoku. Jej autor jest cenionym historykiem, badaczem dziejów stosunków polsko-litewskim, autorem wielu publikacji poświęconych tej tematyce, m. in. książek "Polacy w niepodległym państwie litewskim 1918-1940" i "Litwomani i polonizatorzy. Mity, wzajemne postrzeganie i stereotypy w stosunkach polsko-litewskich w pierwszej połowie XX wieku". Od lat związany zawodowo z Uniwersytetem w Białymstoku, obecnie pracuje w Instytucie Historii i Nauk Politycznych UwB.

W spotkaniu wezmą również udział goście z Litwy: prof. Alvydas Nikžentaitis, historyk, były dyrektor Instytutu Historii Litwy oraz dr Virginijus Valentinavičius, dziennikarz, publicysta, były doradca premiera Andriusa Kubiliusa. Spotkanie poprowadzi zaś dr Katarzyna Korzeniewska z Centrum Studiów Litewskich Uniwersytetu Jagiellońskiego, które wraz z Ambasadą Republiki Litewskiej jest organizatorem spotkania. Promocja książki odbędzie się przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych Litwy.

wtorek, 31 grudnia 2013

Rok niespełnionych nadziei

Dobiega końca rok 2013. Jednocześnie dobiega końca litewskie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. Z tej racji mijający rok był dla Litwy czasem szczególnym. Wiele nadziei pokładano zwłaszcza w szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Rok 2013 miał być także przełomowy dla stosunków polsko-litewskich. Czy te oczekiwania się spełniły, a jeśli tak, to w jakim stopniu?

Bliższa koszula ciału, więc podsumowanie minionego roku poświęcone będzie ocenie relacji polsko-litewskich. W 2013 rok wchodziliśmy z nadziejami wiązanymi ze zmianą rządu na Litwie. Pod koniec poprzedniego roku po przegranych wyborach z funkcji premiera ustąpił Andrius Kubilius, a wraz z nim do opozycji przeszli konserwatyści i liberałowie. Na czele rządu stanął lider socjaldemokratów Algirdas Butkevičius, do koalicji dołączyły także Partia Pracy oraz Porządek i Sprawiedliwość, a także – co dla nas wydawało się najważniejsze – Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. To właśnie z obecnością AWPL w rządzie wiązano oczekiwania na poprawę sytuacji polskiej mniejszości, a po części także na zmianę nastrojów w stosunkach polsko-litewskich.

Dalia Grybauskaitė i Bronisław Komorowski, 11 listopada 2013
(źródło: www.president.lt, fot. R. Dačkus)
Oceniając minione 12 miesięcy należy stwierdzić, że wiele z tych nadziei i oczekiwań nie wytrzymało zderzenia z rzeczywistością. W zasadzie żaden z najpoważniejszych problemów, na które uskarżają się Polacy na Litwie, nie znalazł trwałego rozwiązania. Krytykowana ustawa o oświacie pozostaje obowiązującą, a jedyne, co udało się osiągnąć, to ulgi na egzaminach maturalnych dla uczniów szkół mniejszości narodowych, te jednak zostały uznane przez litewski Naczelny Sąd Administracyjny za niezgodne z prawem. Prace nad nową ustawą o mniejszościach narodowych utknęły w martwym punkcie, a AWPL zaproponowała przywrócenie obowiązywania poprzedniej ustawy, która utraciła ważność w 2010 r. Jednak i ta propozycja póki co nie znajduje poparcia większości parlamentarnej. Na ostatnim w starym roku posiedzeniu Sejmu rozpatrywanie projektu wykreślono z porządku dziennego i nie wiadomo, kiedy parlamentarzyści do niego wrócą. Inne nierozwiązane kwestie, jak np. pisowni nazwisk czy zwrotu ziemi, w tej sytuacji można tylko zbyć milczeniem.

Z jednej strony część odpowiedzialności za taką sytuację ponosi AWPL. Polskie ugrupowanie otrzymało szansę pokazania się jako siła zdolna do kreowania polityki państwowej. Niestety nie do końca z tej szansy skorzystała. AWPL pozostaje aktywna w kwestiach światopoglądowych, przykładem mogą być inicjatywy wprowadzenia obowiązkowego nauczania religii i zakazu przerywania ciąży, głośne także w Polsce. Są one zgodne z ideowym rodowodem Akcji, ale mają niewielki wpływ na życie polskiej społeczności, poza tym mogą raczej prowadzić do prób zamknięcia AWPL przez politycznych przeciwników w ideologicznym getcie, a tkwiąc w nim trudno będzie zawiązywać jakiekolwiek sojusze.

Z drugiej strony, nie widać również rzeczywistej woli przeprowadzenia zmian także w szeregach innych partii koalicyjnych. Wiele spodziewano się szczególnie po socjaldemokratach, którzy mieli być bardziej życzliwi postulatom mniejszości niż konserwatyści. Ale i oni zawodzą, martwi szczególnie postawa premiera, który swoimi wypowiedziami raczej odbiera nadzieję na rychłe wprowadzenie systemowych zmian w przepisach dotyczących mniejszości narodowych. Na tym tle jaśnieje postać szefa dyplomacji Linasa Linkevičiusa, który nie szczędzi ciepłych słów pod adresem Polski i Polaków.

Cieszyć może, że po pewnym okresie ochłodzenia relacji dwustronnych doszło do pewnej normalizacji. Minister Radosław Sikorski jeszcze parę lat temu, w toku prezydenckiej kampanii prawyborczej w PO zarzekał się, że do Wilna pojedzie dopiero, kiedy Litwa wywiąże się ze swoich zobowiązań zawartych w traktacie polsko-litewskim. W mijającym roku szef polskiej dyplomacji nie widział już przeszkód przed odwiedzinami w stolicy Litwy. Cieszy również, że po roku przerwy do Warszawy na Święto Niepodległości znów zawitała prezydent Dalia Grybauskaitė.

Niektórzy właśnie litewskiej prezydent chcieliby przypisać rolę głównej winowajczyni, odpowiedzialnej za zły stan stosunków polsko-litewskich. Jest to ocena niesprawiedliwa, bo problemy we wzajemnych relacjach są rezultatem wieloletnich zaniedbań, mających swe źródła w czasach na długo przed prezydenturą Dalii Grybauskaitė. Podsumowując jednak jej 5-letnią kadencję (która kończy się nadchodzącym roku) nie można uznać, że była ona prezydentem przychylnie nastawionym do polskich postulatów.

Pojawiają się zarzuty, że niektórymi działaniami i wypowiedziami prezydent chciała przypodobać się nacjonalistycznemu litewskiemu elektoratowi. A poparcie wyborców będzie Dalii Grybauskaitė potrzebne w walce o reelekcję. Pewne nadzieje na zmianę tonu można wiązać z brakiem realnej konkurencji. Jedyny polityk, który – jeśli wierzyć sondażom – mógł jej zagrozić, czyli premier Algirdas Butkevičius, wycofał się z walki o prezydenturę. Socjaldemokraci zdecydowali się na wystawienie znacznie mniej popularnego europosła Zigmantasa Balčytisa. Być może Grybauskaitė będąc bardziej pewna zwycięstwa, mniej skłonna będzie do używania radykalnej retoryki.

Rok 2013 w stosunkach polsko-litewskich okazał się być rokiem niespełnionych nadziei. Być może oczekiwania rozbudzone politycznym sukcesem AWPL w poprzednim roku były zbyt wygórowane. Z drugiej strony wypada cieszyć się z poprawy atmosfery we wzajemnych relacjach. Jednak nadzieje na jakiekolwiek trwałe rozwiązania należy przełożyć jeśli nie na kolejne lata, to przynajmniej na nadchodzący rok.

piątek, 8 listopada 2013

To tylko gest?

Po rocznej przerwie do Warszawy na obchody Narodowego Święta Niepodległości 11 listopada (w tym roku świętujemy 95-rocznicę odzyskania niepodległości) znów zawita prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė. Czy to wyłącznie kurtuazja, czy oznaka poprawy atmosfery w stosunkach polsko-litewskich?

Dalia Grybauskaitė i Bronisław Komorowski
(Źródło:Wikimedia Commons)

Wzajemne wizyty głów państw Polski i Litwy w czasie świąt państwowych stały się swego rodzaju tradycją. Dalia Grybauskaitė trzykrotnie odwiedzała Polskę w dniu Święta Niepodległości: w latach 2009, 2010 i 2011. W ubiegłym roku zrezygnowała z przyjazdu, motywując to "pilnymi kwestiami związanymi z polityką wewnętrzną". Chyba nikt nie miał jednak wątpliwości, że prawdziwym powodem nieobecności pani prezydent było ochłodzenie w relacjach polsko-litewskich.

Minął rok, a to czy stan stosunków między Wilnem a Warszawą uległ zmianie, można różnie oceniać. Próbowałem odpowiedzieć na to pytanie w artykule, który kilka dni temu opublikowany został na portalu Eastbook. Kluczowe dla polskiej mniejszości kwestie nie zostały do tej pory rozwiązane, a działania litewskich polityków nie napawają też zbytnim optymizmem. Cieszy jednak poprawa atmosfery, złagodzenie ostrej retoryki, coraz więcej słychać głosów pojednawczych.

Stanem oczekiwanym byłby taki, w którym dobra atmosfera i pojednawcze gesty przekładają się na bieżącą politykę. A zatem, żeby litewscy decydenci i przedstawiciele polskiej mniejszości znaleźli w sobie odpowiednio dużo dobrej woli i gotowości do współpracy w celu rozwiązania najważniejszych problemów, które do dziś tworzą przeszkody w budowaniu przyjaznych relacji Polski i Litwy.

Jest to także zadanie dla urzędującej prezydent, którą w przyszłym roku czeka walka o reelekcję. Jako głowa państwa Dalia Grybauskaitė ma zarówno przypisane jej ustawowo instrumenty jak i polityczną pozycję, które mogą służyć rozwiązaniu przynajmniej części wspomnianych problemów. Oczywiście, prezydent może ryzykować utratą części elektoratu, ale ryzyko jest wpisane w zawód polityka.

Czy jej wizyta w Warszawie będzie zatem tylko kurtuazyjnym gestem? Oby nie.

poniedziałek, 7 października 2013

Kara śmierci dla morderców?

Zbliża się 10 października. Dla wielu organizacji praw człowieka na całym świecie to Międzynarodowy Dzień Przeciwko Karze Śmierci. Kara śmierci nadal praktykowana jest w wielu krajach świata, ale w prawie wszystkich państwach europejskich została zniesiona. Tymczasem niemal za każdym razem, gdy społeczeństwo dowiaduje się o jakiejś bestialskiej zbrodni, powraca pytanie o zasadność jej przywrócenia. Tak bywa w Polsce, tak też stało się w ostatnich tygodniach na Litwie.

12 lipca 1995 r. w Wilnie wykonano wyrok śmierci na Borysie Dekanidze. Była to ostania egzekucja na Litwie. Skazaniec, z pochodzenia Gruzin, był szefem tzw. „brygady wileńskiej”, w owym czasie najsilniejszej grupy przestępczej na Litwie. Za zlecenie zabójstwa Vitasa Lingysa, dziennikarza zajmującego się tematyką przestępczości zorganizowanej, został w dwóch instancjach skazany na najwyższy wymiar kary. Jego prośba o ułaskawienie została odrzucona przez prezydenta Algirdasa Brazauskasa. Wyrok został wykonany metodą praktykowaną przez kilkadziesiąt lat w całym Związku Radzieckim – strzałem z pistoletu w potylicę.

Zniesienie kary śmierci przewiduje nie tylko
Europejska Konwencja Praw Człowieka,
lecz także Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej
(na zdjęciu, źródło: Wikimedia Commons).
Jej Artykuł 2 głosi, że każdy ma prawo do życia
i nikt nie może być skazany na karę śmierci,
ani poddany egzekucji.
W 1996 r. stosowanie kary śmierci zostało zawieszone na podstawie rozporządzenia prezydenta Brazauskasa, zaś w 1998 r. Sąd Konstytucyjny orzekł o jej niezgodności z litewską ustawą zasadniczą. W tym samym roku Sejm uchwalił zmianę kodeksu karnego, usuwając z niego karę śmierci. Od 1993 r. Litwa jest członkiem Rady Europy, która od państw członkowskich wymaga zniesienia kary śmierci. W 1999 r. Litwa podpisała, a następnie ratyfikowała Protokół 6 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (której stronami są wszystkie państwa członkowskie RE) przewidujący zakaz stosowania kary głównej w czasie pokoju, zaś w 2002 r. podpisała, a w 2003 r. ratyfikowała Protokół 13 do tejże Konwencji, który zakazuje stosowania tej kary także w czasie wojny.

Dyskusja na temat przywrócenia na Litwie kary śmierci rozgorzała na nowo wskutek brutalnej zbrodni, do której doszło niedawno w okolicach Poniewieża. Kilkunastoletnia dziewczyna została zgwałcona, a następnie spalona żywcem. Niedługo potem policja zatrzymała trzech podejrzanych o dokonanie zbrodni. Tragedii nie udało się zapobiec, mimo że ofiara dzwoniła wcześniej na numer alarmowy. W internecie natomiast niemal błyskawicznie pojawiła się petycja o przywrócenie na Litwie kary śmierci, pod którą w ciągu kilku dni – jak donosi portal 15min.lt – podpisało się prawie 10 tysięcy osób.

Vydas Gedvilas
(źródło:Wikimedia Commons)
Szybko zareagowali również politycy. Znany z kontrowersyjnych wystąpień poseł „Porządku i Sprawiedliwości” Petras Gražulis złożył w Sejmie projekt zmian w kodeksie karnym przewidujący stosowanie kary śmierci w przypadku zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Były już przewodniczący Sejmu Vydas Gedvilas zanim stracił w ubiegłą środę stanowisko zdążył jeszcze opowiedzieć się za możliwością przywrócenia kary śmierci, by wkrótce potem wycofać się ze swoich wcześniejszych deklaracji, tłumacząc że były to wypowiedzi spontaniczne. Jednocześnie Gedvilas podkreślił konieczność środków prewencyjnych, aby przede wszystkim zapobiegać przestępstwom.

Temat walki z przestępczością jest z reguły bardzo nośny społecznie. Politycy zapowiadający zaostrzenie kar za najgroźniejsze przestępstwa mogą liczyć (choć nie zawsze) na wysokie poparcie, zwłaszcza wówczas, gdy media donoszą o zbrodniach popełnianych ze szczególnym okrucieństwem. Takie też był źródła popularności Drogi Odwagi (lit. Drąsos kelias), która ugrała kilka procent w ostatnich wyborach parlamentarnych i pozwoliła przypomnieć o sobie kilku zapomnianym już politykom, jak Povilas Gylys (b. minister spraw zagranicznych w rządach socjaldemokratów, wszedł do Sejmu) czy Ryszard Maciejkianiec (b. prezes ZPL, dziś zaciekły wróg kierownictwa AWPL z Waldemarem Tomaszewskim na czele). Wiele wskazuje na to, że politycznej „pary” do walki z przestępczością i z rzekomo chroniącymi przestępców wpływowymi układami wystarczyło Drodze Odwagi na krótko.

Dyskutując o zasadności przywrócenia kary śmierci warto przypomnieć jeden z argumentów najczęściej podnoszonych przez jej przeciwników, a mianowicie taki, że przed popełnieniem przestępstwa odstrasza przede wszystkim nie surowość kary, ale jej nieuchronność. Do tego potrzeba nie tylko zmian w przepisach, ale także sprawnych i skutecznych organów ścigania. Politycy, którzy często mówią o surowych karach rzadziej zawracają uwagę np. na potrzebę odbiurokratyzowania pracy prokuratur i policji. Aleksander Radczenko w swoim ostatnim wpisie na blogu „Inna Wileńszczyzna jest możliwa” dobitnie dowodzi, w jak niedorzecznych sprawach toną nieraz organy ścigania, które stracony czas mogłyby wykorzystać na walkę z prawdziwymi przestępcami.

Ciekawie na tle głosów innych polityków przedstawia się propozycja Waldemara Tomaszewskiego, który nie popiera pomysłu przywrócenia kary śmierci, a źródeł brutalizacji życia społecznego upatruje w braku wychowania zgodnie z wartościami chrześcijańskimi. Według lidera AWPL receptą może być obowiązkowe nauczanie religii. Jest to zgodne z głoszonym przez Tomaszewskiego światopoglądem i nad zasadnością wprowadzania takich rozwiązań można by dyskutować (wszak państwo powinno być neutralne światopoglądowo). Logiczne jednak wydaje się rozumowanie, że właściwe wychowanie młodzieży może służyć zapobieganiu wzrostowi przestępczości.

Aby jakakolwiek polityczna dyskusja o przywróceniu kary śmierci miała sens, należałoby przenieść ją na poziom europejski. Dopóki międzynarodowe regulacje, zaakceptowane przez praktycznie wszystkie państwa europejskie (z wyjątkiem Białorusi) przewidują niestosowanie kary śmierci nie tylko w czasie pokoju, ale także w czasie wojny, debatowanie o zasadności jej stosowania może mieć charakter czysto akademicki. Muszą o tym wiedzieć politycy, dlatego też ich deklaracje można traktować wyłącznie jako gesty populistyczne, które nie będą miały pokrycie w realnych działaniach. Gdy opadną (zupełnie zrozumiałe) emocje związane z brutalnym gwałtem i mordem w Poniewieżu, należy również spodziewać się, że temat przywrócenia kary śmierci zostanie odsunięty na bok.

niedziela, 22 września 2013

Po Karcie Polaka czas na "terror społeczny"


Sejm Republiki Litewskiej
(fot. własna)
W maju tego roku Sejm Litwy odrzucił wniosek posłów Związku Ojczyzny w sprawie Karty Polaka. Niedawno pojawiła się kolejna kontrowersyjna inicjatywa parlamentarzystów tego ugrupowania. Tym razem dotyczy rzekomego przymusu wysyłania dzieci do polskich szkół na Wileńszczyźnie.

Jakiś czas temu pisałem o inicjatywie parlamentarzystów reprezentujących Związek Ojczyzny dotyczącej Karty Polaka. Pozwolę sobie przypomnieć: chodziło o skierowanie do Sądu Konstytucyjnego Litwy zapytania, czy posiadacz tego dokumentu może pełnić funkcję parlamentarzysty, m. in. ze względu na możliwą kolizję pomiędzy przysięgą poselską a wynikającym – zdaniem wnioskodawców – z posiadania Karty Polaka zobowiązaniem wobec innego państwa. Inni posłowie nie podzielili wątpliwości konserwatystów i ich wniosek został odrzucony.

Podobnie jak w Polsce, również na Litwie już dawno skończyły się polityczne wakacje. Nie dziwi więc, że wśród wielu innych elektryzujących opinię polityczną tematów (spór gazowy z Rosją, sprawa posłanki Neringi Venckienė – siostry zmarłego w tajemniczych okolicznościach „mściciela” Drąsiusa Kedysa) powróciły również kwestie związane z problemami polskiej mniejszości. Głośno było m. in. o wypowiedzi premiera Algirdasa Butkevičiusa w sprawie dwujęzycznych tablic. A że wrzesień jest miesiącem w oczywisty sposób kojarzącym się z początkiem roku szkolnego należało się spodziewać powrotu na agendę polityczną tematyki oświatowej.

Pięcioro posłów Związku Ojczyzny (Rytas Kupčinskas, VidaMarija Čigriejienė, Kęstutis Masiulis, Algis Strelčiūnas i Pranas Žeimys) zgłosiło w Sejmie projekt poprawki do Kodeksu Karnego. Obszernie informuje o tym portal informacyjny Radia Znad Wilii, pisząc m. in., że wspomniana poprawka ma „zapobiegać rzekomemu wywieraniu nacisków na rodziców, by posyłali dzieci do szkół polskich”.

Obecne przepisy przewidują karanie tych, którzy swymi działaniami chcą „przeszkodzić osobie lub grupie osób w działalności politycznej, ekonomicznej, społecznej, kulturalnej, zawodowej lub innej z powodu płci, orientacji seksualnej, rasy, narodowości, języka, pochodzenia, statusu społecznego, wyznania, przekonań czy poglądów”, bądź chcą „ograniczyć prawa i wolności takiej osoby lub grupy osób”. Wspomniana poprawka przewiduje dopisanie do istniejącego przepisu wzmianki o karaniu w przypadku ograniczania wolności wyboru lub grupy osób.

O ile sam projekt zmian w Kodeksie nie jest kontrowersyjny, o tyle zdumiewające jest jego uzasadnienie przedstawione przez posłów Związku Ojczyzny. Kęstutis Masiulis argumentuje, że poprawka „jest skierowana wobec sytuacji w Litwie Wschodniej (chodzi o Wileńszczyznę – DW), gdzie rodzice z wykorzystaniem resursów administracyjnych są poddawani naciskom – a to poprzez odebranie zasiłku, a to jeszcze jakoś inaczej – by wysyłali dzieci do szkół polskich”. Źródłem tych nacisków mają być urzędnicy lokalnych władz.

Jak wiadomo (choć o tym autorzy poprawki nie wspominają) ze władzach samorządowych rejonów solecznickiego i wileńskiego dominuje Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Czy zależności służbowe bądź socjalne pomiędzy urzędnikami samorządowymi a mieszkańcami mogą rodzić patologie? Zapewne tak, ale poruszamy się w sferze spekulacji. Posłowie wspominają enigmatycznie o „publicznych doniesieniach o terrorze społecznym”. Jak na projekt zmiany przepisów karnych, „publiczne doniesienia” to chyba jednak trochę zbyt mało, zaś określenie „terror społeczny” to z kolei zdecydowanie zbyt ostro.

Jak już zostało wyżej wspomniane, w regionie tzw. „Litwy Wschodniej” samorządy zdominowane są przez AWPL, a zatem – zgodnie z intencjami autorów projektu – kary spotkałyby urzędników delegowanych właśnie przez tę partię. Powstaje pytanie, czy posłom Związku Ojczyzny w pierwszej kolejności chodzi o ochronę interesu publicznego, czy o uderzenie w inną partię polityczną, która: 1) współtworzy obecną koalicję rządową, wobec której Związek Ojczyzny jest w opozycji, 2) reprezentuje polską mniejszość narodową.

Rytas Kupčinskas
(źródło: www.lrs.lt)

Wśród autorów poprawki znaleźli się posłowie, którzy już wcześniej wielokrotnie swymi działaniami i wypowiedziami dawali wyraz swego niechętnego stosunku do Polaków na Litwie. Rytas Kupčinskas w poprzedniej kadencji Sejmu ręka w rękę z liderem nacjonalistów Gintarasem Songailą oraz prezesem stowarzyszenia „Vilnija” Kazimierasem Garšvą zorganizował w Sejmie konferencję, na której polskiej mniejszości zarzucano wywrotową działalność wymierzoną w państwo i naród litewski. Odrzucony – także w poprzedniej kadencji – rządowy projekt dopuszczający możliwość pisowni nazwisk w dokumentach w języku oryginalnym, Kupčinskas nazwał „zdradą interesów narodowych”. Od podobnych działań nie stroniła także posłanka Čigriejienė.

Biorąc pod uwagę sejmową arytmetykę i los innych tego typu inicjatyw, jak choćby wspomnianego wniosku w sprawie Karty Polaka, należy domniemywać, że pomysł posłów Związku Ojczyzny nie znajdzie poparcia większości. Ale opisane wyżej działania uzasadniają pytanie, czy konserwatystom zależy na rzeczywistej poprawie już nawet nie stosunków polsko-litewskich, ale relacji między litewskimi władzami a polską społecznością na Litwie? Sam wielokrotnie wspominałem o życzliwych polskim postulatom politykach Związku Ojczyzny. Nagłaśniane przez media inicjatywy pokazują jednak, że często są oni przekrzykiwani przez partyjnych kolegów, dla których ani dobrosąsiedzkie stosunki z Polską, ani dobrostan polskiej mniejszości na Litwie – mówiąc delikatnie – nie są priorytetami. Nie wróży to najlepiej stosunkom polsko-litewskim w przypadku powrotu konserwatystów do władzy.

piątek, 10 maja 2013

Wraca sprawa Karty Polaka

Karta Polaka nie przestaje spędzać snu z powiek części litewskiej prawicy. Już, już, wydawało się, że pewne polsko-litewskie spory przycichły, a klimat dla rozwiązania niektórych przynajmniej problemów jakby lepszy. Wciąż jednak na litewskiej scenie politycznej aktywne są środowiska i działacze, którym wyraźnie zależy na ciągłym zaognianiu wzajemnych relacji.

Wzór Karty Polaka (źródło: Wikimedia Commons)

Polskie Radio i portal pl.delfi donoszą o nowej inicjatywie posłów konserwatywnego Związku Ojczyzny (obecnie w opozycji). Nowej, a w zasadzie starej, bo konserwatyści wracają w dawne koleiny. Chodzi o "nieszczęsną" Kartę Polaka, która na niektórych litewskich prawicowców działa jak płachta na byka. Ten niepozorny dokument nie będący w teorii i w praktyce ani dowodem tożsamości, ani dokumentem podróży, a raczej pewnym symbolicznym potwierdzeniem przynależności do narodu polskiego, traktowany jest przez posłów opozycji (a w poprzedniej kadencji posłów koalicji rządowej) jak poważne zagrożenie dla litewskiego bezpieczeństwa i litewskiej państwowości.

W litewskim Sejmie zebrała się grupa inicjatywna, która przygotowuje wniosek do Sądu Konstytucyjnego o zbadanie, czy posiadacz Karty Polaka może zasiadać w parlamencie. Chodzi o stwierdzenie, czy posłem na Sejm Litwy może być osoba, która zadeklarowała przynależność do narodu innego niż litewski. Posłowie zwracają uwagę, że posiadanie Karty Polaka nakłada na jej posiadacza obowiązki względem państwa polskiego, co może rodzić kolizję ze zobowiązaniami wynikającymi z przysięgi poselskiej.

Sprawa nie jest nowa, bo sama idea Karty Polaka wzbudzała na Litwie kontrowersje już wcześniej. Szczególne poruszenie wzbudził fakt, że posiadacze tego dokumentu dostali się w 2008 r. do Sejmu. Byli to posłowie Akcji Wyborczej Polaków na Litwie: Waldemar Tomaszewski i Michał Mackiewicz. Dwukrotnie grupy inicjatywne litewskich posłów występowały z wnioskami o zbadanie, czy posiadacze Karty Polaka mogą zasiadać w parlamencie, ale wnioski te nie uzyskały poparcia Sejmu i ostatecznie nie trafiły do Sądu Konstytucyjnego.

Po wyborze Tomaszewskiego do Parlamentu Europejskiego pozostał już tylko jeden parlamentarzysta korzystający z tego przywileju. O co więc tyle szumu? We wstępie do tego krótkiego komentarza wspomniałem o środowiskach i działaczach politycznych na Litwie, którzy wyraźnie dystansują się od polityki obecnego rządu, która chyba mimo wszystko zmierza do pewnej normalizacji stosunków polsko-litewskich. Nie chodzi mi tu o organizatorów skromnych pod względem liczebności mityngów, które od jakiegoś czasu odbywają się w Wilnie i których uczestnicy z uporem godnym lepszej sprawy walczą z zagrożeniem jakie dla litewskiego języka niesie symboliczna już litera "W". To jest akurat margines, nawet jeśli na ich czele stoi wpływowy niegdyś polityk, Romualdas Ozolas.

Inicjatywa sejmowa to już zupełnie inny kaliber. Wśród inicjatorów wniosku znaleźli się czołowi politycy Związku Ojczyzny, m. in. Valentinas Stundys (wiceprzewodniczący partii) oraz byli ministrowie rządu Kubiliusa: Audronis Ažubalis i Rasa Juknevičienė, a zatem niepoślednie figury na litewskiej scenie politycznej. Czy źle to wróży spodziewanej poprawie relacji między Polską a Litwą oraz poprawie sytuacji tamtejszych Polaków? Poniekąd tak. Dziś Związek Ojczyzny jest w opozycji, ale biorąc pod uwagę jak krucha jest obecna koalicja, niewykluczone, że jeszcze w tej kadencji może wrócić do władzy. Czy wówczas niechętnie nastawieni do polskich postulatów politycy litewskiej prawicy okażą więcej życzliwości dla swoich współobywateli narodowości polskiej? Odpowiedź narzuca się chyba sama...

wtorek, 19 lutego 2013

Fuzja partii receptą na oskarżenia o podwójną księgowość?

Według doniesień litewskich mediów przedstawiciele dwóch ugrupowań wchodzących w skład koalicji rządowej: Partii Pracy oraz „Porządku i Sprawiedliwości” rozpoczęli rozmowy w sprawie ewentualnego połączenia obu partii. Pojawienie się nowego silniejszego gracza może oznaczać poważne zmiany na litewskiej scenie politycznej. Nie można także wykluczyć kolejnego kryzysu konstytucyjnego, podobnego do tego, jaki miał miejsce po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych.



Rolandas Paksas, Algirdas Butkevičius, Wiktor Uspaskich
(źródło: kurierwilenski.lt)

W poniedziałek, 18 lutego, dwa dni po Święcie Odrodzenia Państwa, w mediach litewskich pojawiły się informacje o rozmowach, toczonych przez przedstawicieli Partii Pracy i „Porządku i Sprawiedliwości”. Oba ugrupowania wchodzą w skład koalicji popierającej rząd Algirdasa Butkevičiusa (do której należą także Partia Socjaldemokratyczna, z której wywodzi się premier, oraz Akcja Wyborcza Polaków na Litwie). Doniesienia te zostały potwierdzone zarówno przez starostę sejmowej frakcji „Porządku i Sprawiedliwości” Petrasa Gražulisa, jak i wiceprzewodniczącą Partii Pracy Virginiję Baltraitienė. Lider „Porządku i Sprawiedliwości”, były premier i były prezydent Rolandas Paksas pytany przez agencję informacyjną BNS również potwierdził fakt prowadzenia takich rozmów, ale stwierdził, że za wcześnie jest, by mówić o zjednoczeniu.

Więcej szczegółów dotyczących planów połączenia ugrupowań ujawnił Gražulis. Nowa partia ma nosić nazwę „Porządek, Praca i Sprawiedliwość”. Kierownictwo ma być sprawowane rotacyjnie przez zmieniających się co dwa lata przedstawicieli obu partii: pierwszym liderem ma zostać Paksas, by po dwóch latach zostać zastąpiony przez przewodniczącego Partii Pracy Wiktora Uspaskicha (Rosjanina z litewskim obywatelstwem). Jeśli dojdzie do zjednoczenia, „Porządek, Praca i Sprawiedliwość” będzie posiadać 39 mandatów w Sejmie, stając się w ten sposób najsilniejszą frakcją (najliczniejsza obecnie frakcja socjaldemokratów liczy 38 posłów).

Zdaniem komentatorów jedną z głównych przyczyn podjęcia działań w celu zjednoczenia obu partii jest perspektywa uniknięcia odpowiedzialności przez Partię Pracy za prowadzenie „podwójnej księgowości”. Przed Sądem Rejonowym w Wilnie toczy się w tej sprawie postępowanie karne, w którym w stan oskarżenia postawiono zarówno samą partię, jak i konkretne osoby. Zdaniem prokuratury dokumentacja partii z lat 2004-2006 nie wykazuje ok. 25 milionów litów dochodów oraz ok. 23 milionów litów wydatków. Partia nie zapłaciła także podatku w wysokości ok. 4 milionów litów. 20 grudnia ub. roku Sejm pozbawił immunitetu troje posłów Partii Pracy: Wiktora Uspaskicha, Vytautasa Gapšysa i Vitaliję Vonžutaitė, którzy w latach 2004-2006 pełnili funkcje wykonawcze w partii. W stan oskarżenia postawiono także księgową partii Marinę Liutkevičienė.

Prokurator Prokuratury Generalnej Saulius Verseckas w wypowiedzi dla agencji BNS potwierdził, że fuzja partii może rodzić problemy natury prawnej: z jednej strony likwidacja podmiotu, wobec którego toczy się postępowanie przed sądem może skutkować zdjęciem z niej odpowiedzialności. Z drugiej strony fuzja może oznaczać przeniesienie odpowiedzialności na nowopowstałą organizację. W praktyce może się zatem okazać, że przeprowadzenie połączenia partii nie będzie oznaczać zakończenia postępowania w sprawie „podwójnej księgowości”.

Powstanie nowego podmiotu politycznego oznaczać będzie jednak poważne zmiany na litewskiej scenie politycznej. Nowa partia może próbować wymóc na partnerze (partnerach) zmiany w umowie koalicyjnej oraz dystrybucji stanowisk w rządzie, z funkcją premiera włącznie. Biorąc pod uwagę trudności przy powoływaniu rządu Butkevičiusa i zdecydowaną niechęć prezydent Dalii Grybauskaitė wobec udziału Partii Pracy w koalicji, może to skutkować kolejnym, długotrwałym kryzysem politycznym na Litwie.

Prezydent Grybauskaitė z pewnością wykorzysta wszystkie przysługujące jej prerogatywy, aby zablokować powstanie rządu z przedstawicielem Partii Pracy na czele. Rozwiązaniem kryzysu może okazać się powołanie alternatywnej koalicji z udziałem socjaldemokratów i pozostających teraz w opozycji konserwatystów (oraz, opcjonalnie, także opozycyjnych liberałów). Oznaczać to będzie jednocześnie odsunięcie w czasie spełnienia postulatów polskiej mniejszości, ponieważ wątpliwe jest, aby w takiej koalicji wzięła udział Akcja Wyborcza Polaków na Litwie silnie skonfliktowana z konserwatystami.