piątek, 14 maja 2010

Solidarność – Sąjūdis: początek strategicznego partnerstwa

Zapraszam do lektury relacji z promocji książki Solidarność - Sąjūdis: początek strategicznego partnerstwa (Wydawnictwo DiG), jaka miała miejsce 12 maja br. w siedzibie "Gazety Wyborczej". Autorem relacji jest Tomasz Otocki, student Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego:

12 maja 2010 w siedzibie "Gazety Wyborczej" przy ulicy Czerskiej odbyła się promocja dwujęzycznej książki Solidarność – Sąjūdis: początek strategicznego partnerstwa, poświęconej współpracy ruchów demokratycznych Polski i Litwy. Uroczystość współorganizowana przez "Gazetę Wyborczą" oraz ambasadę Litwy, zgromadziła liczne grono sympatyków Litwy.

Wśród prelegentów znaleźli się redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" i działacz opozycji demokratycznej w PRL Adam Michnik, były ambasador Polski na Litwie Jan Widacki, wicemarszałek Senatu i działacz na rzecz praw człowieka Zbigniew Romaszewski, a także goście z Litwy: historyk Alvydas Nikžentaitis, poseł na Sejm Emanuelis Zingeris, a także deputowany do Rady Najwyższej Litewskiej SRR, jeden z "ojców" niepodległej Litwy, wileński Polak Czesław Okińczyc.

Prelegenci podzielili się wspomnieniami związanymi z wydarzeniami 1989 roku, gdy Polska odzyskiwała możliwość samodzielnego decydowania o sobie, a Litwa "wybijała się na niepodległość" od Moskwy. Właśnie wtedy rozkwitła współpraca dwóch ruchów o podobnych celach działania: Solidarności i Sąjūdisu.

Debatę od początku zdominował wątek Polaków na Litwie. Uczestnicy tamtych wydarzeń podkreślili, że współpracowali z Litwinami, gdyż wśród działaczy polonijnych nie znajdowali sprzymierzeńców. Romaszewski, wspominając pierwszy wyjazd do Wilna w 1989 roku, stwierdził, że bał się kontaktów z lokalnym środowiskiem polskim. Na sowiecką i agenturalną proweniencję polskich elit politycznych na Litwie na przełomie lat 80. i 90. zwrócili uwagę Adam Michnik i Jan Widacki[1].

Nawiązując do wątku Polaków na Litwie, Adam Michnik przypomniał wileńską mowę Jana Pawła II podczas pielgrzymki na Litwę w 1993 roku, gdy polski papież zwrócił się do "Litwinów polskiego pochodzenia", co wywołało oburzenie wśród polskich wiernych obecnych w kościele. Jan Widacki był świadkiem tamtych wydarzeń, co też barwnie opisał. Michnik polemizował z papieskim ujęciem sprawy, uznając narodowość za sprawę indywidualnego wyboru i podkreślając prawo Polaków w Wilnie do bycia Polakami, a nie tylko "Litwinami polskiego pochodzenia". Temu przekonaniu dał wyraz również w kontekście prawa do pisowni nazwisk w języku ojczystym pod koniec spotkania.

Odrębnie od głosów większości prelegentów zabrzmiał głos Czesława Okińczyca, który, na poły żartobliwie, zwrócił uwagę na niepoprawny zapis jego nazwiska w książce (ani po polsku, ani po litewsku)[2]. Były polski poseł do Rady Najwyższej (1990-1992) i doradca prezydenta Valdasa Adamkusa przyznał, że wśród działaczy polonijnych na Litwie dominował komunistyczny beton, jednak i z nim należało rozmawiać, szansy tej wówczas nie wykorzystano. Wspomniał, jak wielkie kontrowersje wywołał wśród działaczy Związku Polaków na Litwie, fakt udzielenia wywiadu "Gazecie Wyborczej", który o mało nie zakończył się jego wyrzuceniem ze związku. Przestrzegał jednocześnie przed generalizacjami, zwracając uwagę, że litewscy Polacy wydali z siebie nie tylko "Czerwony Sztandar", ale również znakomite pismo "Znad Wilii". Jako jedyny prelegent nawiązał jednocześnie do obecnych w łonie Sąjūdisu nastrojów nacjonalistycznych.

Adam Michnik, ilustrując postawę polskich elit na Litwie, przywołał postać Jana Ciechanowicza, który w 1989 roku marzył o utworzeniu Wschodniopolskiej Republiki Rad. Prelegenci zgodnie stwierdzili, że realizacja przez Moskwę – polskimi rękami – tego planu, doprowadziłaby do wykopania na wieki przepaści między Polakami a Litwinami[3].

Koncyliacyjnie zabrzmiał głos przedstawiciela Związku Ojczyzny Emanuelisa Zingerisa, który nieprzyjęcie przez Sejm litewski rządowego projektu ustawy o pisowni nazwisk na dwa dni przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego nazwał klęską. Zapewnił jednocześnie, że będzie się ubiegać o prawa Polaków do zapisywania nazwisk języku ojczystym – oraz szerzej – o większą tolerancję na Litwie. Zapowiedział, że w Związku Ojczyzny, współpracującym z partiami Merkel i Sarkozy'ego, nie ma miejsca dla politycznych ekstremistów, czym również nawiązał do wydarzeń podczas ostatniej parady homoseksualistów w Wilnie.

Zingeris nie zgodził się ze stanowiskiem profesora Alvydasa Nikžentaitisa, który skrytykował obecne na Litwie nastroje rusofobiczne oraz wskazał na niebezpieczeństwo zrównywania dwóch totalitaryzmów. Przeciwko przyklejaniu łatki rusofobów krytykom obecnych władz na Kremlu zaprotestował Zbigniew Romaszewski, przyjaźniący się od lat z demokratycznie nastawionymi Rosjanami.

Po ponad godzinnej dyskusji panelistów rozmowa przeniosła się do kuluarów, gdzie podano napoje oraz przekąski.

Inicjatywę "Gazety Wyborczej" i ambasady litewskiej trzeba docenić, nie na co dzień organizuje się w Warszawie panele poświęcone sąsiadom Polski, a już zwłaszcza krajom bałtyckim. Udało się zaprosić gości z pierwszego szeregu polskiej opozycji oraz wybitnych znawców Litwy i jej historii. Czas na rozmowę o sprawach polsko-litewskich znalazł poseł litewskiego Sejmu, reprezentujący ugrupowanie rządzące, co należy zapewne tłumaczyć nie tylko bliską odległością geograficzną Warszawy i Wilna. Żal, że spotkanie od początku zdominował wątek polski, a przecież, jak słusznie zauważył marszałek Romaszewski, współpraca miała miejsce między Polakami a Litwinami, a nie Polakami z Polski i Polakami z Litwy. Niestety ci ostatni, przedstawieni w jednoznacznie negatywnym świetle jako "sowieccy agenci" okazali się z jakiegoś powodu ciekawsi od ludzi Sąjūdisu, których sylwetek nawet nie poznaliśmy. Uniknięto (poza wypowiedzią Czesława Okińczyca) próby zrozumienia postaw tych Polaków, którzy w 1989 roku wykazywali obawy przed odrodzeniem się państwa litewskiego. Nacjonalizm działaczy Sąjūdisu nie był przecież wyssany z palca przez polskich komunistów, nie był też wymysłem sowieckiej propagandy, choć był przez nią wykorzystywany do próby skompromitowania Ruchu. Tu uwaga na temat wypowiedzi posła Widackiego – nie wiem, skąd zaczerpnął informację o nadreprezentacji Polaków w sowieckim KGB na Litwie. Nawet jeśli to prawda (z mitem "Polaka-komunisty" polemizuje w swych pracach polska naukowiec z Litwy doc. Irena Mikłaszewicz) głoszenie takich tez wydaje się wejście na równie śliską drogę na jaką weszli nasi rodzimi tropiciele "fejginów i różańskich" (są tacy, nader liczni).

Trzeba przyznać, że poważnym mankamentem spotkania był brak możliwości zadawania pytań z sali, co przyjęte jest na imprezach litewskich organizowanych przez Litewskie Centrum oraz Zamek Królewski. Zgromadzona publiczność z pewnością miałaby ochotę zadać ważne pytania uczestnikom tamtych wydarzeń (także obecnym na sali Grzegorzowi Kostrzewie-Zorbasowi czy Michałowi Mackiewiczowi). Pozostaje więc niedosyt, który, miejmy nadzieję, uzupełni lektura książki Solidarność – Sąjūdis: początek strategicznego partnerstwa.

[1] Widacki wspomniał nadreprezentację Polaków wśród funkcjonariuszy litewskiej bezpieki, tłumacząc to specyfiką mniejszości zatopionej w litewskim morzu i porównując z sytuacją Białorusinów na Podlasiu.


[2] Adam Michnik zaripostował, że on również jest w tej publikacji wymieniony jako Adamas Michnikas
.

[3] Redaktor "Wyborczej" żartobliwie nazwał Ciechanowicza – za słowami Landsbergisa – Tichonowiczem
.